Integracyjna winda
28-11-2010Z przyczyn, nad którymi nie będę się tutaj rozwodził, ostatnio pomieszkiwałem u znajomego na siódmym piętrze bloku. Dodam, że był to czas, w którym regularnie używałem Chikary. Codziennie kilkakrotnie kursowałem windą. Ciasnota, losowy dobór towarzystwa… – idealne warunki do zawierania nowych znajomości. Już drugiego dnia wyczaiłem niewysoką, acz zgrabniutką blondynkę. Właściwie to ona wyczaiła mnie. Oglądała mnie z góry na dół. Przy następnej okazji już śmiało patrzyła mi w oczy, tym typowym zdezorientowanym wzrokiem, jakby czuła, że jest inaczej niż przy innych facetach, tylko nie do końca zdawała sobie sprawę, na czym ta różnica polega. W sumie niepotrzebnie użyłem słowa „jakby”, bo pewnie dokładnie tak się czuje kobieta poddana działaniu fero. Potem zaczęły się powłóczyste spojrzenia, mimowolne dążenie do kontaktu fizycznego, czyli niby przypadkowe ocieranki, o co w windzie nietrudno. Po paru takich akcjach stwierdziłem, że trzeba kuć żelazo póki gorące i zagadałem. Reakcją był ogólny entuzjazm na każde moje słowo i odwlekanie pożegnania. Gdy dojechaliśmy na parter, gadała ze mną z dwadzieścia minut, a na koniec zostałem poproszony o pomoc przy problemach z internetem (u niej w mieszkaniu). Oczywiście wcieliłem się w pana złotą rączkę i jakiś czas potem zastukałem do jej drzwi. Internetowy problem okazał się urojeniem, natomiast inne sprawy były jak najbardziej namacalne.
